Po aferze z arcybiskupem Juliuszem P. na Ostrów Tumski padł cień społecznego ostracyzmu. Nikt głośno nie formułował żadnych zarzutów, nie zgłaszał żadnych pretensji, ale oczywiste było, że wszyscy duchowni związani z poznańską katedrą traktowani są inaczej. Atmosfera nieufności, pogardy i zażenowania nie ominęła także Biskupa, z którym Jeff i przyjaciele pokonali kilka lat temu Szatana. Po tamtych przygodach Maurycy, Wuja i Jeff spotykali się od czasu do czasu towarzysko z Biskupem, wspominając stare dzieje i zajadając wafelki. Teraz Jeff postanowił wybrać się do muzeum archidiecezjalnego z przyczyn zawodowych. Chciał, żeby Biskup rzucił okiem na parę symboli, które Jeff znalazł w Natrixie, a które przypomniały mu coś z przeszłości.
Jeff wyszedł z domu. Pogwizdując skocznego jiga zmierzał w stronę parkingu. Nagle zatrzymał się i przestał gwizdać. Jaguar zniknął. Wpatrywanie się w puste miejsce parkingowe nie poprawiło sytuacji. Patrzenie z głową przechyloną na bok także. Podobnie, nie polepszyło się od spojrzenia ukosem, dwa kroki dalej. Przykucnięcie w miejscu gdzie stał samochód potwierdziło niezbicie: jaguara nie było tam, gdzie powinien być. Dodatkowe rozpaczliwe rzuty okiem w różnych kierunkach umocniły przekonanie, że samochód zniknął z całej okolicy na dobre. Umysł Jeffa zaniemówił. Owszem, czytuje się o kradzieżach, napadach i wymuszeniach. Ale co innego poranna gazeta przy ciepłym kakao i bułce czekoladowej, a co innego brak własnego auta. Wypadałoby zadzwonić po policję, gdyby nie przekonanie o jej nikłej skuteczności. Jeff mimo to podniósł słuchawkę do ucha.
– Oficer dyżurny, słucham.
– Właśnie skradziono mi samochód, czarnego jaguara...
– Obawiam się, że nie możemy się tym zająć.
– Wczoraj... Słucham? Nie możecie?
– Niestety.
– Ale przecież od tego jest policja.
– Tak. I polecamy się na przyszłość.
Przedpołudnie było wyjątkowo piękne.
– Czy mogę panu jeszcze w czymś pomóc?
– Nie... chyba nie...
Jaskółki goniły się między blokami. Wiatr ucichł, ˙zeby podkreślić bolesny fakt, że życie nie ma ścieżki dźwiękowej. Jest tyle dobrych piosenek, które pasowałyby w tym momencie. Może, żeby wyrazić atmosferę wielkomiejskiego zaszczucia coś Cypress Hill? A może,˙zeby utrzymać nastrój suspensu, coś z repertuaru King Crimson, na przykład No Warning? Albo subtelniej, żartobliwie – starym bluesem duetu McGhee i Terry Walk on.
Ktokolwiek stworzył ten świat, sprawił ludzkości niewymowną przykrość, pozbawiając nas ścieżki dźwiękowej. Szum wiatru, pauzy monumentalnych obłoków, ubóstwiające synkopy obcasy i psie pazurki, nowoczesne, ciężkie riffy silników samochodowych – to nie było to. Bach, Beethoven, Wagner i inni zdecydowanie przerośli Boga w jakości pomysłów na muzykę. Ćwierkanie ptaków – monotonne i sentymentalne. Plusk wody ożywczego źródełka? Nadrabia wyglądem. Wycie wilka po nocy? Na dłuższą metę męczące.
Ktoś stwierdził kiedyś, że przecież to Bóg stworzył Bacha, Beethovena, Wagnera i innych. Pięć minut po tym, jak wypowiedział głośno swoją myśl, zginął widząc Disco Relax.
Z kraju i ze świata w skrócie
- Zima przyszła szybciej od świątecznych promocji.
- Świat dziwi się Noblowi dla Obamy - my nie. Z pokojową nagrodą trudniej podpisać rozkaz ataku na Iran.
- W kręgach władzy trwają walki, w drogowych rozkopach budowlańcy spożywają drugie śniadania, kraj jakoś funkcjonuje.
Recenzje muzyczne: Porcupine Tree "The Incident"
Płyta wyciekła już na torrentach, więc nie będziemy czekać z recenzją dwa tygodnie do oficjalnego wydania. Zdaje się, że do wyboru są dwie wersje - limitowana, ekskluzywna z Burning Shed, i normalna sklepowa, np. z Rock Serwisu.
Krótka wersja recenzji dla tych z czytelników, którzy znają i lubią Porcupine Tree oraz pozwalają im na artystyczną ewolucję: zamówcie wersję limitowaną, jeśli jeszcze zostały. Będziecie zachwyceni.
Krótka wersja recenzji dla tych z czytelników, którzy znają Porcupine Tree oraz mają wyrobione własne, jedyne słuszne, a co najważniejsze odmienne zdanie na temat tego jak zespół powinien brzmieć: ta płyta wydyma was w mózg. Jeżeli po przesłuchaniu nic nie poczujecie, to wniosek jest prosty.
Ok, pozostałym, którzy Porcupine Tree nie znają, należałoby objaśnić mniej więcej o kim mowa. Zespół ten pisze piosenki, w odróżnieniu od zespołów, które piszą np. podkłady pod solówki, albo radiowe hity, albo telewizyjne hity. Porcupine Tree skupia się na tworzeniu muzyki i okolicznych historii, zamiast gwiazdorskich postaci scenicznych. Muzyka jest gatunkowo różna, często zmienia nastrój, w czym przypomina nieco dobre thrillery, czy filmy suspense/noir.
Subiektywnie, najciekawsze są płyty z Gavinem Harrisonem. The Incident to czwarta z kolei. Jak na zespół, który odżegnuje się od regresywnego "rocka progresywnego" (czyli kalkowania lat siedemdziesiątych), nowe nagrania podejrzanie przypominają pewne doskonale znane frazy z Animals czy Red. Parę podobieństw do Wishbone Ash, Opeth czy Meshuggah też dałoby się wskazać, ale istotniejsze jest to, że płyta brzmi jakby Porcupine Tree wszystkim cover-bandom chciało powiedzieć: tak się to powinno grać, chłopaki. I te gorzko-ironiczne teksty...
Trochę nie wyobrażam sobie, jak można lubić muzykę i nie znać "Porków". Ale może gdzieś żyje jakieś nastoletnie dziecko dresów pierwszego pokolenia, nie do końca emo, nie do końca wrażliwe, szukające właściwych dźwięków dla swojego świata. Hurtowa alternatywa promowana w mediach może lekko trącić fałszem. Porcupine Tree nie.
The Incident można zamówić w sieci, podobnie jak bilety na wrocławski koncert za kilka tygodni. Visy w garść. Słuchać i klaskać.
Krótka wersja recenzji dla tych z czytelników, którzy znają i lubią Porcupine Tree oraz pozwalają im na artystyczną ewolucję: zamówcie wersję limitowaną, jeśli jeszcze zostały. Będziecie zachwyceni.
Krótka wersja recenzji dla tych z czytelników, którzy znają Porcupine Tree oraz mają wyrobione własne, jedyne słuszne, a co najważniejsze odmienne zdanie na temat tego jak zespół powinien brzmieć: ta płyta wydyma was w mózg. Jeżeli po przesłuchaniu nic nie poczujecie, to wniosek jest prosty.
Ok, pozostałym, którzy Porcupine Tree nie znają, należałoby objaśnić mniej więcej o kim mowa. Zespół ten pisze piosenki, w odróżnieniu od zespołów, które piszą np. podkłady pod solówki, albo radiowe hity, albo telewizyjne hity. Porcupine Tree skupia się na tworzeniu muzyki i okolicznych historii, zamiast gwiazdorskich postaci scenicznych. Muzyka jest gatunkowo różna, często zmienia nastrój, w czym przypomina nieco dobre thrillery, czy filmy suspense/noir.
Subiektywnie, najciekawsze są płyty z Gavinem Harrisonem. The Incident to czwarta z kolei. Jak na zespół, który odżegnuje się od regresywnego "rocka progresywnego" (czyli kalkowania lat siedemdziesiątych), nowe nagrania podejrzanie przypominają pewne doskonale znane frazy z Animals czy Red. Parę podobieństw do Wishbone Ash, Opeth czy Meshuggah też dałoby się wskazać, ale istotniejsze jest to, że płyta brzmi jakby Porcupine Tree wszystkim cover-bandom chciało powiedzieć: tak się to powinno grać, chłopaki. I te gorzko-ironiczne teksty...
Trochę nie wyobrażam sobie, jak można lubić muzykę i nie znać "Porków". Ale może gdzieś żyje jakieś nastoletnie dziecko dresów pierwszego pokolenia, nie do końca emo, nie do końca wrażliwe, szukające właściwych dźwięków dla swojego świata. Hurtowa alternatywa promowana w mediach może lekko trącić fałszem. Porcupine Tree nie.
The Incident można zamówić w sieci, podobnie jak bilety na wrocławski koncert za kilka tygodni. Visy w garść. Słuchać i klaskać.
Dick Donovan: Żal do Michnika
Z zaciekawieniem przeglądałem zarówno zapowiedzi, jak i relacje-recenzje z koncertu Radiohead w prasie. Wypadałoby wymienić tytuły tej prasy - tu pojawia się problem, bo nawet Wyborczą czytamy w redakcji niezwykle rzadko. Użyłem słowa "nawet", co dla czytelników może wydawać się dziwne, z różnych powodów.
Jednym dlatego, że przecież Wyborcza to fajna gazeta.
Drugim dlatego, że przeciez Wyborcza to medialny Baal.
Trzecim dlatego, że przecież są tytuły poświęcone tylko i wyłącznie muzyce. Albo blogi.
I tak dalej, i tak dalej.
Nie zawsze tak było. W czasach papierowego Biuletynu porównywaliśmy poziom z piórami z Tygodnika Powszechnego, Czasu Kultury - tak, dygresja o Unii Wolności się tu wpycha i wcale się tego nie wstydzimy. Co do gazet muzycznych, znów via wywiady i felietony z Tylko Rock skojarzeniem przeskakujemy do Trójkowych audycji Kaczkowskiego i Beksińskiego.
W ostatnich dniach, z Wyborczej i popularnych portali dowiedzieliśmy się, że Radiohead to m.in. głos naszego pokolenia, a mityczne piętnaście lat oczekiwania na koncert to jakiś rodzaj kulturalnego lub duchowego postu. Właśnie przez takie sądy lekceważę tzw. opiniotwórczość mediów. Ale zdanie z tekstu Michała Danielewskiego (GW Poznań, 27.08.2009, s. 6):
"(...) z jednej strony zagrał dla nas zespół instytucja, zbiorowy papież muzycznej alternatywy, a jednocześnie autor soundtracku życia wielu obecnych trzydziestolatków."
zwyczajnie mnie rozsierdziło. Po kolei.
Jakby na Radiohead nie patrzeć "zespołem instytucją" nie są. Mógłbym podać argument przeciw, ale dla symetrii z retoryką GW nie podam.
Tytułowy żal do Michnika mam o to, że zatrudnia ludzi, którzy a) formułują tak straszliwe wyrażenia jak "zbiorowy papież alternatywy", b) przepuszczają to przez korektę. Otchłań pustosłowia ziejąca z tych wyrazów powinna być sygnałem alarmowym, że coś w GW wymknęło się spod kontroli - ale może stało się to już dawno, gdzieś na początku lat dwutysięcznych, kiedy teksty GW zaczęły tracić indywidualność i upodobniły się do burgerów w pewnej znanej sieci kupo-paszy. To, że mam pretensje do GW nie oznacza, że inne redakcje mają czuć się komfortowo - wszędzie jest jeszcze gorzej, ale tylko GW ma naczelną postać, którą posądzam o zdolność do dziennikarskiej odwagi.
Ale wrócmy do "soundtracku życia trzydziestolatków", do których redakcja Strony (alias Biuletynu) należy. To kolejny raz, kiedy ktoś próbuje znaleźć wspólny mianownik dla roczników z końca lat siedemdziesiątych i nie poddaje się mimo jasnych sygnałów niepowodzenia. Poza datą urodzenia nic nas nie łączy, ani Radiohead, ani blokowiska, ani stosunek do pierestrojki, ani pamięć o bloku czekoladopodobnym i kartkach, resztki szans na sensowne wykształcenie zamiast dzisiejszego hurtu... nawet wszystkie te różnice nas nie łączą, tylko jeszcze bardziej dzielą. Redakcja uwielbia Radiohead, 3/4 z nas klaskało na 7/8 we właściwych momentach. Ale to nie soundtrack ani nasz, ani wielu naszych rówieśników. Pozwalamy sobie być indywidualistami i soundtrack niektórych to stare polskie kabarety i stare radio Afera, innych Moloko, jeszcze innych King Crimson i Niemen.
Żal, że w tym nieprzejednanym poszukiwaniu wspólnej perspektywy rezygnuje się z możliwości osobistego, niekoniecznie zdefiniowanego stosunku do muzyki, do kultury i do nastroju chwili.
Jednym dlatego, że przecież Wyborcza to fajna gazeta.
Drugim dlatego, że przeciez Wyborcza to medialny Baal.
Trzecim dlatego, że przecież są tytuły poświęcone tylko i wyłącznie muzyce. Albo blogi.
I tak dalej, i tak dalej.
Nie zawsze tak było. W czasach papierowego Biuletynu porównywaliśmy poziom z piórami z Tygodnika Powszechnego, Czasu Kultury - tak, dygresja o Unii Wolności się tu wpycha i wcale się tego nie wstydzimy. Co do gazet muzycznych, znów via wywiady i felietony z Tylko Rock skojarzeniem przeskakujemy do Trójkowych audycji Kaczkowskiego i Beksińskiego.
W ostatnich dniach, z Wyborczej i popularnych portali dowiedzieliśmy się, że Radiohead to m.in. głos naszego pokolenia, a mityczne piętnaście lat oczekiwania na koncert to jakiś rodzaj kulturalnego lub duchowego postu. Właśnie przez takie sądy lekceważę tzw. opiniotwórczość mediów. Ale zdanie z tekstu Michała Danielewskiego (GW Poznań, 27.08.2009, s. 6):
"(...) z jednej strony zagrał dla nas zespół instytucja, zbiorowy papież muzycznej alternatywy, a jednocześnie autor soundtracku życia wielu obecnych trzydziestolatków."
zwyczajnie mnie rozsierdziło. Po kolei.
Jakby na Radiohead nie patrzeć "zespołem instytucją" nie są. Mógłbym podać argument przeciw, ale dla symetrii z retoryką GW nie podam.
Tytułowy żal do Michnika mam o to, że zatrudnia ludzi, którzy a) formułują tak straszliwe wyrażenia jak "zbiorowy papież alternatywy", b) przepuszczają to przez korektę. Otchłań pustosłowia ziejąca z tych wyrazów powinna być sygnałem alarmowym, że coś w GW wymknęło się spod kontroli - ale może stało się to już dawno, gdzieś na początku lat dwutysięcznych, kiedy teksty GW zaczęły tracić indywidualność i upodobniły się do burgerów w pewnej znanej sieci kupo-paszy. To, że mam pretensje do GW nie oznacza, że inne redakcje mają czuć się komfortowo - wszędzie jest jeszcze gorzej, ale tylko GW ma naczelną postać, którą posądzam o zdolność do dziennikarskiej odwagi.
Ale wrócmy do "soundtracku życia trzydziestolatków", do których redakcja Strony (alias Biuletynu) należy. To kolejny raz, kiedy ktoś próbuje znaleźć wspólny mianownik dla roczników z końca lat siedemdziesiątych i nie poddaje się mimo jasnych sygnałów niepowodzenia. Poza datą urodzenia nic nas nie łączy, ani Radiohead, ani blokowiska, ani stosunek do pierestrojki, ani pamięć o bloku czekoladopodobnym i kartkach, resztki szans na sensowne wykształcenie zamiast dzisiejszego hurtu... nawet wszystkie te różnice nas nie łączą, tylko jeszcze bardziej dzielą. Redakcja uwielbia Radiohead, 3/4 z nas klaskało na 7/8 we właściwych momentach. Ale to nie soundtrack ani nasz, ani wielu naszych rówieśników. Pozwalamy sobie być indywidualistami i soundtrack niektórych to stare polskie kabarety i stare radio Afera, innych Moloko, jeszcze innych King Crimson i Niemen.
Żal, że w tym nieprzejednanym poszukiwaniu wspólnej perspektywy rezygnuje się z możliwości osobistego, niekoniecznie zdefiniowanego stosunku do muzyki, do kultury i do nastroju chwili.
Recenzje muzyczne: Radiohead w Poznaniu
Radiohead, jak na zespół alternatywny, gromadzi zaskakująco wielu fanów i przychylność mediów. Koncert w Poznaniu miał być wydarzeniem epokowo-klimaktycznym. Nie był. Był momentami świetny, momentami bardzo dobry, momentami nieczytelny, ale ani razu nie był magiczny. Wiedząc jak ogromną ilość sympatyków posiada zespół, nie będziemy ryzykować i napiszemy, że nie chodzi nam o jakość muzyki, ale o oprawę wydarzenia. Scena była za nisko, co odjęło kontakt wzrokowy i przekierowało uwagę na skromne "telebimy". Nagłośnienie ustawiono głównie z myślą o właścicielach najdroższych biletów, pozostali musieli pomagać sobie muzyczną wyobraźnią.
Repertuar bardzo dobry. Pięknie wypadł Paranoid Android, Nude perfekcyjnie, a Lucky wzniośle i budująco. Nieszczęśliwie z kolei zabrzmiało 15 Steps (tak, wiemy, że pierwszy utwór to zawsze dostrajanie), Myxomatosis utonęło między zestawami głośników, podobnie jak parę innych głośniejszych momentów.
Było parę kiksów typu zgubiona nuta albo uderzenie w bęben, ale Radiohead to przedstawiciele ginącej sztuki grania na żywo z minimum wsparcia techniki (oczywiście jak na dzisiejsze czasy). Takie sporadyczne wpadki przypominają, że muzyka wypływa z ludzi, a nie jest kolejną foremką, produktem z taśmy.
Było trochę przekory i ironii, na przykład OKO Yorke'a w kamerze w trakcie You and whose army, albo relatywnie subtelne umykanie z akcentami w takcie wspólnego Karma Police. Takie powiewy miłej odmienności od "a teraz wszyscy klaszczemy 4/4", jak często proponują popularne gwiazdki.
Zabrakło jakiegoś czynnika, który porwałby nas i przytrzymał w ekstazie - może paru decybeli więcej, może głośnika z boku, może paru metrów w stronę sceny. Z pewnym żalem zaliczamy więc to wydarzenie muzyczne jako jedno z piękniejszych, ale nie najpiękniejsze.
Słowo o organizacji: po pierwsze wypada podziękować Poznaniowi za ten koncert. Fantastyczny prezent. Po drugie chcielibyśmy zaproponować, aby w przyszłości po takiej imprezie rozmontować ogrodzenie w kilku miejscach i pozwolić ludziom rozejść się swobodniej niż łatwym do kontrolowania, ale sfrustrowanym szybkością i komfortem strumieniem.
Repertuar bardzo dobry. Pięknie wypadł Paranoid Android, Nude perfekcyjnie, a Lucky wzniośle i budująco. Nieszczęśliwie z kolei zabrzmiało 15 Steps (tak, wiemy, że pierwszy utwór to zawsze dostrajanie), Myxomatosis utonęło między zestawami głośników, podobnie jak parę innych głośniejszych momentów.
Było parę kiksów typu zgubiona nuta albo uderzenie w bęben, ale Radiohead to przedstawiciele ginącej sztuki grania na żywo z minimum wsparcia techniki (oczywiście jak na dzisiejsze czasy). Takie sporadyczne wpadki przypominają, że muzyka wypływa z ludzi, a nie jest kolejną foremką, produktem z taśmy.
Było trochę przekory i ironii, na przykład OKO Yorke'a w kamerze w trakcie You and whose army, albo relatywnie subtelne umykanie z akcentami w takcie wspólnego Karma Police. Takie powiewy miłej odmienności od "a teraz wszyscy klaszczemy 4/4", jak często proponują popularne gwiazdki.
Zabrakło jakiegoś czynnika, który porwałby nas i przytrzymał w ekstazie - może paru decybeli więcej, może głośnika z boku, może paru metrów w stronę sceny. Z pewnym żalem zaliczamy więc to wydarzenie muzyczne jako jedno z piękniejszych, ale nie najpiękniejsze.
Słowo o organizacji: po pierwsze wypada podziękować Poznaniowi za ten koncert. Fantastyczny prezent. Po drugie chcielibyśmy zaproponować, aby w przyszłości po takiej imprezie rozmontować ogrodzenie w kilku miejscach i pozwolić ludziom rozejść się swobodniej niż łatwym do kontrolowania, ale sfrustrowanym szybkością i komfortem strumieniem.
